|
Legendy i opowiadania
Legenda o
karpiach z Karpnik
Wieś Karpniki istniała w odległej przeszłości
jako podzamcze zamku Sokolec w Górach Sokolich i dlatego
nazywano ją dawniej Podsokolec, a potok, który tu przepływał
- Sokolską Wodą lub Sokołówką. Te dwie nazwy na pewno by
przetrwały do dziś, gdyby Sokolec nie zmienił się w
porośniętą mchem, trawą i lasem ruinę i gdyby obok wsi nie
został zbudowany nowy zamek pana tej okolicy, otoczony z
jednej strony bagnami Gruszówki, a głęboką fosą z drugiej.
Nie wiemy nic o murarzach, którzy z wielkim trudem wznieśli
z miejscowego kamienia obronny zamek z czterokątną wieżą i
niewielkim dziedzińcem, otoczony z trzech stron kurtynowym
murem. Nie wiadomo jak zwał się rycerz, który nakazał go
zbudować, ani też nie wiemy nic o ludziach, którzy przy
pomocy metalowych motyk kowalskiej roboty i drewnianych
łopat wykopali w kamienistym i wilgotnym gruncie głęboką
fosę, którą później napełniono wodą. Można się jedynie
domyśleć, że właścicielem był człowiek mądry i gospodarny,
bo zanim zamieszkał w swej nowej siedzibie, do wody wpuścił
jakieś ryby, nieznane miejscowym ludziom, sprowadzone z
dalekiej Saksonii, które po obcemu nazywano "karpfami", a na
które ludzie później mówili "karpie".
Rozpowiedział wszystkim, że karpfy swą wielkością i wagą
prześcigają znacznie inne ryby żyjące w miejscowych rzekach
i potokach oraz szczupaki hodowane od wielu już lat w
stawach zbudowanych przez mnichów-cystersów obok wsi
Cieplice, nad ciepłymi źródłami. Od tego czasu żyły karpie w
wodzie, w zamkowej fosie, karmione grochem i kaszą. Stół w
zamku zdobiły w każdy piątek oraz gdy pan swych gości
przyjmował.
Przez wiele lat nikt z podgrodzia tych ryb nie podkradał,
zadowalając się innymi, gdzie indziej łowionymi, ponieważ
ksiądz-dobrodziej z ambony w kościele niejeden raz
zapowiadał, że owe karpfy są rybami stworzonymi przez Boga
wyłącznie dla osób szlachetnie urodzonych oraz dla
duchownych, którzy z Panem Bogiem na co dzień obcują, a
człek nieurodzony oraz niewolny, który do służenia królom,
książętom, panom - rycerzom i klasztorom jest stworzony, nie
może jeść tej ryby, bo zawiera ona groźne dla niego wapory,
które gdy brzuch jego wypełnią, spowodują tak ogromne
boleści, że żadna "mądra baba" ich nie zdołała uśmierzyć ani
zamówić. Wyjaśnił dobrodziej również, że wapory zawsze
próbują wydostać się z wnętrza brzucha i rozrywają go na
drobne strzępy, jak przegniły miech zbożowy, do którego
nałoży się pełno kamieni.
Wierzono słowom księdza - dobrodzieja długo, aż do czasu,
gdy przybył do zamku w gościnę rycerz niebogaty, bo tylko z
jednym pachołkiem na mizernej kobyle. Ten właśnie pachołek,
chociaż z nieurodzonych się wywodził, kilka z przyzamkowych
karpi nocą ukradł, wypatroszył, w chacie zanikowego cieśli
cichcem na ogniu upiekł i zjadł. Przez pięć nocy jeszcze
potem to samo czynił bez obaw wszelkich i nie skonał,
chociaż spodziewali się tego ludzie, którzy o tym wydarzeniu
wiedzieli. Od tego czasu wszyscy okoliczni mieszkańcy
zaczęli nocami wykradać z fosy przy murze zamkowym ryby, by
swe ubogie wyżywienie nimi uzupełnić. Jednak którejś
księżycowej nocy dostrzegł to strażnik na wieży zamkowej
służbę pełniący i panu zamku o tym fakcie zameldował, a ten
zaraz nakazał zgromadzić wszystkich mieszkańców podzamcza i
kradzieży zakazał. Zaznaczył równocześnie, że przyłapanych
surowo karać będzie i nie karą pręgierza, czy też chłosty,
lecz gardłem i palcem przy tym odpowiedni ruch na swej szyi
wykonał, stryczek oznaczający.
W trzy dni później ujęli strażnicy syna pewnej wdowy, która
pracowała jako praczka w zamku i powiedli go w dybach do
pana, a ten dla odstraszenia innych poddanych i okazania
surowości, wydał polecenie, aby niezwłocznie powiesić tego
chłopaka na gałęzi jednego z drzew, rosnących przed bramą
wjazdową. Nie pomogły prośby chłopca o litość i zmiłowanie,
ani też jego przysięgi, że już nigdy ryb kraść nie będzie.
Nie pomogły też błagania ani łzy jego matki. Złodziej został
powieszony w samo południe, gdy słońce stało w najwyższym
miejscu nad horyzontem, lecz tejże samej nocy przyśnił się
panu zamku. Przyszedł do niego wraz z matką i przyciągnął do
sypialnej komnaty olbrzymiego karpia na grubym powrozie. Gdy
ryba patrzyła na zdumionego i przerażonego jej widokiem
rycerza swymi olbrzymimi oczyma, które miała tak wyłupiaste
jak żaba, chłopak oznajmił, że odchodzi wraz z matką ze swej
ubogiej chaty na podzamczu i że zabiera ze sobą ryby z
zamkowej fosy.
Potem opuścili wszyscy komnatę sypialną, a pan obudził się
przestraszony i spocony tymi sennymi widziadłami. Jakieś
dziwne przeczucie nakazało mu natychmiast wstać, ubrać się i
wyjść nad fosę, a gdy to uczynił, w blasku księżyca
dostrzegł przedziwne widowisko. Wszystkie karpie wyskakiwały
z wody na brzeg fosy i szeroką, jezdną drogą zaczęły oddalać
się brzegiem bagnisk Gruszówki w stronę ujścia tego potoku
do Sokolskiej Strugi. Było ich tysiące. Nie mógł ich
policzyć i nie mógł uwierzyć własnym oczom, że aż tyle
mieściło się w zamkowej fosie. Zrozumiał, że ryby będące
jego własnością i stanowiące ulubiony przysmak jego i
przybywających do niego gości, odchodzą w nieznaną dal.
Zaczął biec za nimi, a potem stanął na ich drodze i
krzyczał, aby zawracały do wody w fosie. Nie pomogło to
jednak. Pełzły dalej w obranym przez siebie kierunku obok
jego stóp, nie reagując zupełnie na jego gesty i krzyki.
Zdenerwował się więc ogromnie i ze złości zaczął deptać je
stopami odzianymi w miękkie, skórzane buty, wykonane z
błyszczącej, safianowej skory.
- Nigdzie nie pójdziecie! - krzyczał głośno. - Zadepczę was
wszystkie na śmierć!
W tym momencie poczuł na swoim ramieniu dotknięcie czyjejś
dłoni i odwrócił się. Dostrzegł stojącego obok siebie
chłopaka, tego samego którego kazał powiesić wczoraj i który
niedawno był w sypialnej komnacie. Dostrzegł też i jego
matkę, stojącą w pobliżu, a w jej oczach zobaczył w blaskach
księżyca łzy.
Chciał krzyknąć do nich, by powstrzymali oddalające się
karpie, lecz nie zdążył wypowiedzieć ani jednego słowa.
Poślizgnął się, stając na jednej z ryb, upadł i stracił
przytomność, uderzając głową o wystający w tym miejscu z
ziemi kamień. Jak długo leżał na ziemi, nie wiedział, lecz
gdy przyszedł do siebie, stwierdził, że znajduje się na
drodze w pobliżu zamku, na której widniały setki śladów
pełzania ryb i śluzu opadłego z ich skór. Zobaczył, że i
jego odzież również jest pokryta śluzem i przesiąknięta
zapachem ryb.
Ponieważ poczuł się bardzo osłabiony, chwiejnym krokiem
ruszył w stronę zamku, zataczając się jak pijany. Dotarł
ostatkiem sił na dziedziniec i natychmiast rozkazał
zaprowadzić się do sypialni. Tam rozebrano go, obmyto i
ułożono w łożu. Biła od niego wielka gorącość. Posłano
natychmiast po medyka do Jeleniej Góry. Nie doczekał się
jednak jego przybycia. Zmarł tego samego jeszcze dnia.
Ostatnie jego słowa brzmiały: "Moje karpfie!".
Ludzie grupę chat, stojących na podzamczu, nazwali
Karpnikami, gdy ta rozrosła się do rozmiarów wsi, a potok
pośród tych chat płynący - Karpnickim Potokiem.
Źródło: Urszula i Aleksander Wiąckowie: "Legendy Karkonoszy
i okolic"
„ O krześle
księżniczki w Sokolich Górach „
Legendy i wierzenia sudeckie
Na jednym ze szczytów Sokolich Gór, w okolicach wsi
Karpniki, stał w średniowieczu zamek, o którym krążyło wiele
fantastycznych opowieści. Jedna z nich mówi o tym, że pewien
młodzieniec pasał swoje owce zawsze w tym samym miejscu nad
Bobrem, właśnie u podnóża Sokolich Gór. Pewnego dnia szukał
zagubionej wśród drzew owcy, gdy nagle zauważył siedzącą na
skalnym występie młodą, prześliczną dziewczynę o długich
złocistych włosach, która z niezmąconym spokojem oddawała
się przędzeniu.
Zachwycony jej urodą młodzian stanął oniemiały. Nagle dzwon
na wieży karpnickiego kościoła wybił południe i w tej samej
chwili dziewczęca postać znikła...
Młody pasterz powracał przez kolejne dni w to samo miejsce,
by oglądać cudowną zjawę. A ona wciąż milczała. 24 czerwca,
w dzień św. Jana, gdy o zwykłej porze pasterz przyszedł w
ulubione od jakiegoś czasu miejsce, dziewczyna znienacka
odezwała się:
- Posłuchaj, młodzieńcze, mojej historii. Dawno temu byłam
panią pobliskiego zamku, nazywanego Sokolą Skałą. Wielu
rycerzy ubiegało się o moje względy, ale ponieważ w moich
żyłach płynęła królewska krew Piastów, postanowiłam oddać
rękę jedynie równemu mi księciu. Pewnego razu usłyszał o
mnie dumny kniaź ze wschodu i przybył tu, aby pojąć mnie za
żonę. Jednak moja duma odrzuciła i jego miłość. Zostałam za
to okrutnie ukarana. Odtrącony zalotnik wszedł w konszachty
z czarnoksiężnikami, którzy zniszczyli mój piękny zamek, a
mnie uwięzili w jego przepastnych lochach. Jedynie wiosną
mogę wyjść na świat. Możesz uwolnić mnie od okrutnej kary.
Wejdź tylko bez bojaźni w ciemną furtę, do której prowadzi
ta wąska ścieżyna, a moja miłość i wielkie bogactwa będą
twoją nagrodą.
Pasterz bez namysłu rzucił się we wskazanym kierunku, gdy
wtem coś błysnęło mu pod stopami. Był to przepysznej roboty
sztylet. Podniósł go i śmiało przekroczył ciemną furtę. W
tej samej chwili jakby się piekło otwarło. Ziemia zadrżała
pod stopami młodzieńca, sklepienie lochów zdało się walić na
jego głowę, a ze wszystkich stron drogę tarasowały mu
straszne paszcze potworów o kłach ociekających krwią. Na ten
widok zamarło serce młodego pasterza i opuściła go odwaga.
- Nie mogę cię uratować, księżniczko! - zawołał ze
straszliwym smutkiem w głosie.
W tej samej chwili znikły wszystkie straszydła i potwory,
natomiast ukazała się księżniczka, po której twarzy spływała
wielka łza.
- Moja ty dolo nieszczęsna... - rzekła z wielkim żalem w
głosie - nie ujrzysz mnie ty już nigdy, ani nikt ze
śmiertelnych.
Wszystko nagle znikło, a smutny pasterz wrócił do wsi. Odtąd
uśmiech nigdy już nie zagościł na jego twarzy. Rok później,
w dzień św. Jana, znaleziono go martwego u stóp góry, pod
którą ukazywała mu się złotowłosa księżniczka.
źródło: "Miesięcznik Miłośników
Gór" Jacek Pławski na podstawie A. Kwaśniewski, Podania
dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 132-133.
|